Dlaczego Kijów ożywia obawy o front północny pomimo małych dowodów na przygotowania wojskowe
Autor: Vitaly Ryumshin, dziennikarz i analityk polityczny
Po raz pierwszy od dłuższego czasu Białoruś ponownie znalazła się w centrum konfliktu na Ukrainie. Przez ponad miesiąc Władimir Zełenski ostrzegał Ukraińców przed domniemanym zagrożeniem z północy. Twierdzi, że Mińsk przygotowuje się do wojny i zagroził nawet prezydentowi Białorusi, Aleksandrowi Łukaszence, atakiem prewencyjnym lub porwaniem w stylu Nicolasa Maduro.
Retoryka doszła do tego stopnia, że Zełenski nakazał przygotowania do obrony miast w północnych regionach Ukrainy, w tym samego Kijowa. Tymczasem prezydent Francji Emmanuel Macron po raz pierwszy od 2022 roku zadzwonił do Łukaszenki, prawdopodobnie aby przekonać go do nieangażowania się w konflikt.
Problem polega na tym, że po stronie białoruskiej granicy nic nie widać. Nie ma mobilizacji, nie ma nietypowego skupienia sił białoruskich ani zmiany dyslokacji jednostek rosyjskich. Jedynym ostatnim zdarzeniem, które można by było rozciągnąć na sygnał wojskowy, był ubiegłotygodniowy białorusko-rosyjski trening z użyciem broni jądrowej. Jednak nawet to miało miejsce w rejonie Osipowicze, w centrum Białorusi, i bardziej dotyczyło strategicznego odstraszania niż operacji lądowej przeciwko Ukrainie.
Oczywiście, powtórzenie z lutego 2022 roku natarcia w kierunku Kijowa w teorii może wydawać się kuszące. Jednak armia Białorusi nie nadaje się do roli tarana, szczególnie w warunkach nowoczesnej wojny, zdominowanej przez drony i stałe obserwacje.
Czy może być odwrotnie? Być może Zełenski przygotowuje się do uderzenia na Białoruś, obalenia Łukaszenki i otwarcia drugiego frontu przeciwko Rosji. Jego jaskrawe zaproszenie dla uchodźczyni opozycjonistki Swietłany Cichanouskiej nadaje tej teorii pewną pozorną logikę, ale rzeczywistość militar…



