Czy wiemy, czy Andy Burnham jest w ogóle przesądny?
Pytam tylko dlatego, że każdy, kto był świadkiem apokaliptycznej burzy, która uderzyła w Londyn we wczesnych godzinach wczorajszego dnia, mógłby być przejawiony za myśl, że bogowie demokracji nie są zadowoleni z tryumfalnej pielgrzymki Króla Północy na południe.
I kto by mu zarzucił? Następny mieszkaniec No 10 będzie dysponował większością 140 miejsc w Izbie Gmin opartą na zaledwie 25 000 głosach i, o ile mogę powiedzieć, na przekonaniu, że ma ładne rzęsy. Co bez wątpienia ma. Ale to nie jest X Factor, a on nie jest Harrym Stylesem.
Czy jednak? Patrząc na to, w jaki sposób został przyjęty przez gromadę nadpobudliwych posłów Partii Pracy, można powiedzieć, że tak. Przybył do dworca Manchester Piccadilly, w obcisłej czarnej koszulce na miarę Simona Cowella, otoczony oddanymi, głównie żeńskimi fanami.
Gdy dotarł do Euston, zmienił ubranie na bardziej dostojny garnitur premiera, teraz z asystentkami na boku. Dodanie szarej krawaty, no i gotowy do swojego selfie.
Po zaprzysiężeniu jako poseł, wyszedł na jaw z sali, ręce wyciągnięte w tryumfalnej, mesjanistycznej pozie, gotowy by wyśmiewać podziw swoich obsesyjnych fanów, żaden z nich nie ubiegał się o posadę w jego niedługo przekształcanej administracji, oczywiście nie.
Nawet Rachel Reeves, dość nieoczekiwanie ubrana jak gigantyczna różowa piankowa słodycz (Me+Em musi modlić się, że to nie jedno z ich, dopiero co zregenerowali się po Angeli Rayner w zielonym garniturze wymiotnym), przeskoczyła przemówienie rezygnacji Sir Keira, by stanąć niezręcznie z boku zebranego tłumu.
Biedna Reeves. Miała wygląd pilnej uczennicy na balu kończącym rok, czekając na zaproszenie do tańca od szkolnego gwiazdora. Czuć, że może być rozczarowana. Gdy premier zaczął płakać przed No 10, jego Kanclerz był nigdzie nie widziany. To samo zresztą, gdy słynęła z rozpaczy na ławkach, on pozostawał niewzruszony. Jedno za drugim się odwzajemnia.
Dla Burnhama teraz wszystko zależy od tego, czy potrafi wykorzystać swoją ogromną popularność na coś konkretnego i, co może być jeszcze ważniejsze, nie pozwalać, by to uderzyło mu do głowy, pisze Sarah Vine
Burnham robiący selfie ze swoimi zwolennikami w Westminster, gdy złożył przysięgę jako poseł za Makerfield
Błyszczące ewangeliczne uśmiechy mówią same za siebie. Partia Pracy sądzi, że znalazła swojego zbawiciela, prawdziwego dziedzica Blaira, drugie przyjście. Koniec ze smętnym, wahającym się, nosowym Keirem; szorstki, owłosiony akcjonariusz Andy jest tu, by porwać ich i doprowadzić na nowe szczyty politycznego zachwytu.
To rodzaj politycznego zauroczenia niewidzianego od czasu, gdy Partia Konserwatywna zakochała się po uszy w pewnym Alu Johnsonie, znanym też jako Boris. I pod wieloma względami, pomimo oczywistych różnic ideologicznych, są bardzo podobnymi postaciami. Albo chociaż spełniają bardzo podobne cele w sercach i umysłach swoich odpowiednich partii.
Obaj emanują charyzmą, Johnson w swoim oksfordzkim, Bullingdon Clubowym stylu, pełen łacińskich deklinacji i nonszalanckiego wdzięku, takiego mężczyzny, który sprawia, że każde Torysowskie stowarzyszenie i zebranie WI rwie się z jednym tylko powiewem złotej czupry.
Burnham to przeciwieństwo tej samej monety, ciemny i ponury, bardziej Heathcliff niż Surrey Heath, ale równie pociągający dla odpowiedniej publiczności.
Obaj to rzadka rzecz, gwiazdy polityczne, których zdolność do uwodzenia wyborców opiera się mniej na ich osiągnięciach, a bardziej na abstrakcyjnej percepcji zdolności.
Charyzma jest kluczowa. Blair ją miał, David Cameron też trochę – znów, w różny sposób. To nie przypadek, że obaj odniesli sukces w następstwie dwóch głęboko sumiennych, ale też mniej niż elektryzujących liderów.
Brown doprowadził do Camerona, Major prowadził do Blaira. W przypadku Johnsona, była to Theresa May, dla Burnhama jest to Sir Keir.
To niezaprzeczalny wzorzec – choć nie zawsze przynosi niekwestionowane sukcesy.
Johnson i Burnham mają też inne rzeczy wspólne: oboje czekali w kuluarach przez jakiś czas, zanim nadarzyła się okazja, co pozwoliło im zbudować quasi-mitologiczny status wśród wiernych partii. I obaj, oczywiście, byli skutecznymi burmistrzami dużych miast – Johnson w Londynie, Burnham w Manchesterze.
Dla Burnhama teraz wszystko zależy od tego, czy potrafi wykorzystać swoją ogromną popularność na coś konkretnego i, co może być jeszcze ważniejsze, nie pozwalać, by to uderzyło mu do głowy. Poczuje ciężar oczekiwań trudny do zniesienia: im wyższy piedestał, tym większa przepaść do przeskoczenia.
To jedno, być burmistrzem miasta, a całkiem co innego, być premierem. Reflektor jest o wiele bardziej intensywny, margines błędu nie istnieje. Nie ma gdzie się schować.
Jest też fakt, że demokratycznie, pozycja Burnhama jest prawdziwie niepewna. Jednym z wielu powodów, dla których wyborcy tak się znudzili konserwatystami – i zaufali Pracy – było to, że ciągle zmieniali liderów. To wzbudzało poczucie uprawnienia.
Jeśli Partia Pracy zrobi to samo, nie szukając nowego mandatu, łatwo można argumentować, że nie są lepsi od swoich rywali. Ciśnienie na zwołanie powszechnych wyborów – które już się zaczęło – nie zniknie.
Prawdziwy problem, przed którym stoi Burnham, polega na tym, że jedynym powodem, dla którego stoi do dziedziczenia korony, jest to, że poprzedni facet – Sir Keir – nie był gotowy na swoje stanowisko. To nie jest dokładnie to, co można nazwać pozytywnym początkiem.
On nie jest tam, ponieważ ma jasną wizję dla kraju, ani dlatego, że przez lata budował plan, pracując na zapewnieniu przyszłości kraju.
Jeśli pytać ‘dlaczego chcesz być premierem?', odpowiedź brzmi ‘ponieważ jest wakat'. Nie do końca inspirujące.
Jest tam tylko dlatego, że musi być posłem, aby zakwalifikować się do kluczy do No 10. Na każdym kroku jest poczucie, że jest nieco więcej niż książęca Partia Pracy, który nie zrobił zbyt wiele, by zasłużyć na swoją koronację. Będzie musiał bardzo ciężko pracować, by udowodnić narodowi, że się myli.
Poczułem się całkiem zrozpaczony, gdy Sir Keir złożył rezygnację. Był strasznym premierem, ale słysząc emocje w jego głosie, przypomniałem sobie, jak brutalna może być polityka, nie tylko dla polityków, ale także dla ich rodzin. Pani Starmer też płakała – ale zakładam, że były to łzy radości. Teraz może mieć swojego męża – i swoje życie – z powrotem.
Zakazać nudnej Brexiterki Bray
Minęła dziesiąta rocznica referendum UE wczoraj. Nadal trwa debata o zaletach i wadach Brexitu, a oczywiście dla mnie osobiście to było sejsmiczne. Ale moim zdaniem najgorszą rzeczą, jaka wyniknęła z tego, jest ten straszny protestujący Steve Bray, który w poniedziałek odtwarzał Ode do Radości na uszczelniającym ból uszu poziomie podczas przemówienia rezygnacji Keira Starmera.
Czy nie nadszedł czas, by policja wystarała się o nakaz ograniczenia?
Zastanawiam się, czy decyzja o zamknięciu większości kraju dzisiaj z powodu intensywnego upału ma w jakikolwiek sposób związek z wczorajszym meczem Anglii na Mistrzostwach Świata.
Czy jest coś gorszego niż kac w 40 stopniach?
Nie sądzę.
Madonna w kropki!
Oto Madonna, jak jej rzadko widziano: ubrana w sposób odpowiedni do wieku – to znaczy w pełni ubrana – w najnowszym wydaniu magazynu Interview. W wieku 67 lat jej najnowsza alter ego – papieros paląca, „masywna” z czupryną i eleganckim zestawem kardiganów – mogłoby zagrozić Dot Cotton. Może zbliża się przyszłe cameo w EastEnders?Â
Poseł bardziej arogancki od Jacoba Rees-Mogga
Nowy poseł Arbroath i Broughty Ferry zrobił wrażenie w tym tygodniu, gdy został zaprzysiężony w Izbie Gmin.
W butach, rajstopach i obcisłej mini-sukience (dziwacznie niepozorna kreacja jak na pogodę), Lara Bird z SNP trzymała kciuki, gdy składała przysięgę.
Zadowolony z siebie wyraz twarzy mówił wszystko: ‘Jestem o wiele lepszy od wszystkich tych smutnych nieudaczników. Od czasu drzemki Jacoba Rees-Mogga na zielonych ławach nie widzieliśmy takiego arogancji.
Przynajmniej on miał wymówe, że jest ówczesnym uczniem Etonu.
A co jest jej wymówką?






