Za każdym razem, gdy odwiedzam Albanię, rozmowa wygląda tak samo – nie dotyczy polityki, wyborów, nowego lotniska czy obietnicy przystąpienia do UE. Chodzi o opuszczenie jej. W ciągu ostatnich kilku lat nad krajem spadła apatia, kolektywne wzruszenie ramion, w kraju, który od dziesięcioleci słyszał, że jego przyszłość leży gdzie indziej.
Dlatego flamingi zatrzymały mnie na miejscu.
Kiedy pod koniec maja pojawiły się filmy z buldożerami niszczącymi chronione mokradła Zvernec, ochroniarzami wyciągającymi protestującego przez piasek, podczas gdy policja przyglądała się, o drut kolczasty ciągnięty wzdłuż wybrzeża, oczekiwałem na znany albanski odpowiedź: westchnienie, rezygnacja, cicha uwaga, że tak właśnie działa to tutaj – że nic się nigdy nie zmienia – że ci, którzy się liczą, już odeszli.
Zamiast tego, tysiące wyszły na ulice Tirany. I potem tysiące więcej. A potem wzburzone protesty solidarnościowe wybuchły w Europie i Ameryce Północnej, z diaspory albańskiej, ludźmi, którzy odeszli, patrząc z dala i znajdując, być może po raz pierwszy, powód do powrotu.
Niesli dmuchane różowe flamingi i transparenty z napisem: „Albania nie jest na sprzedaż”. Nie wyglądali na ludzi, którzy się poddali.





