Niebo jest pokryte kolorami: dziesiątki latawców unoszących surferów ponad falami. Na plaży wczasowicze dopingują każdy ewolucję. Są tu rodziny, dzieci bawiące się, kobiety noszące hidżab lub skromne stroje kąpielowe, inne w bardziej odkrytych ubraniach oraz zespoły zapaleńczych kitesurferów, przygotowujących swój sprzęt. Co jakiś czas odrzutowiec przecina niebo, przypominając o tureckiej bazie wojskowej tuż za rogiem, która czuwa nad ujściem Dardaneli. Na wodzie kitesurfer wznosi się wysoko w powietrze, obraca się i wraca z mocnym pocięciem do morza. Tłum klaszcze.
Mahmoud Mahmoudi nigdy nie widział morza, dopóki nie opuścił Afganistanu. Ma gdzieś między 27 a 30 lat, sam nie jest pewny. Pochodzi z miasta Kandahar, gdzie dorastał w cieniu interwencji NATO. Był sierotą, adoptowanym przez wuja. Ponieważ wuj nie miał pracy, Mahmoud musiał pokrywać wydatki. Chodził do szkoły wieczorami, a pracował w dzień jako sprzedawca uliczny, handlując czymkolwiek wpadło mu w ręce – pendrive’ami z piracką muzyką, tanimi kosmetykami, małymi towarami z Chin. „Problemy w domu i wojna na zewnątrz” – tak podsumowuje swoje dzieciństwo.
Miał prosty plan: oszczędzać pieniądze, skończyć szkołę, spróbować dotrzeć do Europy, idealnie do Niemiec. Był pewny, że podróż nie jest tak trudna, jak twierdzili wszyscy. „Człowiek potrzebuje jakiegoś powodu do życia” – mówi. Plaża to raj dla kitesurferów, piaszczysty, dziki i wietrzony. Przy brzegu wody ustawione są kampery z tablicami rejestracyjnymi z całego regionu. Turystyka jest tu nowa. Wyspa – jej nazwa brzmi „gyok-cheh-yaada” – była zamkniętą strefą wojskową do początku lat 2000.






