Strona główna Aktualności ANDREW NEIL: Wielopartyjny chaos doprowadzi jedynie do niestabilności

ANDREW NEIL: Wielopartyjny chaos doprowadzi jedynie do niestabilności

24
0

Czwartkowe wybory były przełomem w brytyjskiej polityce. Oznaczały oficjalny koniec dwupartyjnego systemu w naszym kraju i przejście do systemu wielopartyjnego.

To nie jest tymczasowy problem ani drobny krok w polityce, którą znaliśmy przez ostatnie stulecie. To jest zerwanie, nowy początek. Jak powiedział do mnie wiodący specjalista ds. sondaży wczoraj: „Nadszedł czas, aby napisać nekrolog dwupartyjnemu systemowi”.

Duopol Labouru i Partii Konserwatywnej od dłuższego czasu tracił na znaczeniu. Dawno temu wygasł w Szkocji i Walii – i nigdy nie istniał w Irlandii Północnej. Ale silnie trzymał się w Anglii, która dominuje w Westminsterze. Już nie.

To, co nazywaliśmy „dwoma głównymi partiami”, regularnie zdobywało wygodne większości w Izbie Gmin, mając nieco ponad 40 procent głosów. W czwartkowych wyborach lokalnych nie udało im się przekroczyć 40 procent łącznie.

Coś jest dość satysfakcjonującego w widoku Labouru i Konserwatystów otrzymujących, co im się należy. W końcu wspólnie ponoszą odpowiedzialność za wiele z naszych obecnych problemów: stagnację gospodarczą, najwyższe podatki od 70 lat, rozrzutne wydatki, rosnący dług publiczny, ciągłe deficyty budżetowe, wzrastający rozmiar wandalizmu, najwyższe koszty energii na świecie oraz wypaczone siły obronne.

Jednak nasza radość musi być stłumiona przez dość ponurą rzeczywistość: nasza nowa rozdrobniona polityka, z głosami rozproszonymi między pięć partii (siedem, jeśli doliczymy szkockich i walijskich nacjonalistów) zamiast skoncentrowanych na dwóch, nigdy nie przyniesie silnego, zdeterminowanego rządu niezbędnego do radzenia sobie z narastającymi wyzwaniami, które nas otaczają.

W kraju toniemy w spadku gospodarczym i społecznym upadku. Za granicą stajemy wobec coraz bardziej niebezpiecznego, chaotycznego świata. System polityczny, który nie generuje silnego rządu zdolnego zmierzyć się z takimi kwestiami, nie nadaje się do pracy w trudnych czasach.

Wyniki czwartkowe w Anglii sugerują, że teraz mamy system, w którym nasze głosy rozprzestrzeniają się na tyle, że nie ma jasnego zwycięzcy; nie ma zwycięzcy z mandatem do zrobienia tego, co niezbędne.

Tak, Reform UK wyszedł zdecydowanie wzmocniony, zdobywając rozległe zyski w sercu Labouru i konserwatystów (oraz osiągając mocne wyniki w Szkocji i Walii).

Ale wczesne prognozy wskazują, na podstawie czwartkowego wyniku, że jego udział w głosowaniu krajowym w wyborach powszechnych wynosiłby około 26 procent, co stanowiłoby znacznie mniej niż większość w Izbie Gmin w jakichkolwiek wyborach powszechnych. Reszta głosów skupiła się w przedziale od 16 do 19 procent między Labour, Konserwatystami, Zielonymi i Liberałami Demokratami.

Tak więc żadna partia nie mogłaby rządzić samodzielnie. Nasza nowa rozdrobniona polityka wymagałaby koalicji rządowej, która byłaby nieuchronnie niestabilna (i prawdopodobnie krótkotrwała).

Na udział w głosowaniu w czwartek, nawet koalicja Reformacyjno-Konserwatywna nie zdobyłaby ogólnej większości w Izbie Gmin. Koalicja Labour-Green-Lib Dem rozpadłaby się na pierwszy sygnał niebezpieczeństwa.

Nie potrafię sobie wyobrazić, by którakolwiek z takich ułożonych koalicji partii podejmowała trudne decyzje, jakie wymaga obecna sytuacja: reformę opartą na surowej miłości wobec dobrobytu, masową rearmację, odrzucenie szaleństw Net Zero i priorytetyzację polityk generujących taną, bezpieczną energię. Każda z tych polityk prawdopodobnie rozsadziłaby rząd koalicyjny.

Częścią problemu jest to, że choć odwróciliśmy się od Labouru i Konserwatystów, jesteśmy bardzo dalecy od entuzjastycznego przyjęcia zbuntowanych partii, które miałyby ich zastąpić.

Zatem Reform UK spektakularnie przejmuje prawdziwie niebieskie Essex z Konserwatystów; ale Konserwatystom udaje się odzyskać Westminster oraz Wandsworth – flagowe okręgi konserwatywne z czasów Thatcher – od Labouru.

Labour zostaje pokonany przez Reformację w północnej Czerwonej Murawie i, w bolesnym ruchu szczypcowym, Zieloni podważają jego poparcie w miastach uniwersyteckich i wśród mniejszości etnicznych.

Jednak Labour nadal ma swoją metropolitalną bazę, szczególnie tam, gdzie dominuje sektor publiczny i biała klasa średnia.

W rzeczywistości nie mamy już partii narodowych. W naszym nowym, odważnym świecie wielopartyjnym mamy partie, które rządzą w swoich regionalnych twierdzach, ale mają trudności, aby wydostać się poza nie i zdobyć prawdziwe poparcie na szczeblu narodowym.

Konserwatyści od dawna przestali być partią narodową: skupili się na miejscach z dużą liczbą zamożnych, starszych ludzi – co oznacza, że coraz bardziej koncentrują się w południowej Anglii.

Labour przestał być partią narodową w czwartek. Został wyparty ze swoich północnych bastionów i przestał mieć znaczenie w Szkocji i Walii.

Liberałowie Demokraci pozostają na zawsze partią zielonych przedmieść o liberalnym usposobieniu, takich jak Richmond w Londynie.

Partie nacjonalistyczne są, z definicji, geograficznie ograniczone.

Żadna partia nie ma teraz ogólnokrajowego zasięgu, co tylko przyczynia się do rozdrobnienia głosów i naszego pośpiechu do wielopartyjnego chaosu. O wiele bardziej zagrażają nam często rządzące partie, które nie są w stanie dostarczyć ciosu zdecydowanym partiom dziedzictwa.

Nowicjusze (Reform, Zieloni) robią wielkie postępy. Ale starzy wyjadacze (Labour, Konserwatyści) nadal trwają z zaangażowaniem, odmawiając odejścia z godnością. Dlatego nasze głosy są tak szeroko rozproszone.

Nasza niezdolność do znalezienia silnego rządu, którego potrzebujemy, jest jeszcze bardziej zaostrzona niekończącą się operetką, jaką jest psychodrama przywództwa Keira Starmera.

Upadek Labouru w czwartek nieuchronnie ponawia kwestię jego bezpieczeństwa pracy na pierwszy plan. Nie ma nadal oznak szybkiego rozwiązania.

Starmer zniszczył Labour w Walii, kuźni brytyjskiego socjalizmu. Zniweczył jakąkolwiek szansę na przejęcie Szkocji przez Labour, kiedyś tak samo laborystowskiej jak Walia, wyłącznie ze względu na swoją niepopularność.

Nadzorował upadek Labouru w jego północnych angielskich bastionach. Flagowe londyńskie okręgi zginęły, przekazane, z wszystkich ludzi, konserwatystom. Nie ma gorszego scenariusza.

Zastanawia się, co musi zrobić Starmer, aby zostać odwołanym. Bo to nie tylko jego przyszłość stoi na szali. Pod jego łagodnymi rządami zagrożona jest przyszłość samej Partii Pracy.

Mimo że Partia Pracy w dużej mierze go gardzi, prawie tak samo jak społeczeństwo. Ale, w przeciwieństwie do Konserwatystów, nie ma żadnej ochoty na regicyd. Ponadto politycy i aktywiści Labouru, z którymi rozmawiałem wczoraj, powiedzieli, że nie są pewni, czy którekolwiek z alternatyw byłoby polepszeniem.

Trudno jest znaleźć bardziej miażdżącą krytykę naszych obecnych politycznych władców. Tak, obecny facet jest bezużyteczny, ale jego ewentualna wymiana jest prawdopodobnie równie bezużyteczna. Nic dziwnego, że w kraju panuje szeroka desperacja.

To również powód, dla którego nawet rząd z ogromną większością, jak obecny, nie jest w stanie podjąć koniecznych decyzji w celu odwrócenia naszego upadku gospodarczego i przywrócenia naszych obronności.

Zdobycie mandatu Starmera teraz zależy nie od tego, co jest najlepsze dla kraju, ale co najbardziej prawdopodobne jest w jego interesie – co oznacza przesuwanie się na lewe skrzydło, aby przemówić do dominującej siły w swojej partii.

To zejdzie na łudowate głębiny w przyszłym tygodniu, kiedy Starmer ma wygłosić przemówienie na rzecz znacznie bliższej współpracy z Unią Europejską w celu ożywienia brytyjskiej gospodarki. Zastanawia cię na jakiej planecie teraz żyje.

Pomysł, że gospodarka Wielkiej Brytanii może być ożywiona przez przywiązanie jej zależnością do Unii Europejskiej – wzorcowego przykładu stagnacji gospodarczej, którego obsesja regulacyjna udusiła każdą innowację wysokiej technologii w ciągu ostatnich dwóch dekad – jest dla ptaków. Ale lewicowa lewica Labourzystów jest zafascynowana coraz bliższymi więzami z UE. Tak więc Starmer proponuje to.

To samo można zobaczyć w wielu innych politykach, które teraz głosi Starmer. Odwrócił się od reform w dziedzinie opieki społecznej (lewica nie ma ich w planach) i wstydliwie opiera się na zwiększaniu wydatków na obronność (w obronie nie ma głosów lewicy).

Odmawia ograniczenia swojego ministra Energii, Eda Milibanda, bez względu na ból, jaki jego absurdalne polityki energetyczne powodują w przemyśle i gospodarstwach domowych (lewica kocha Milibanda).

W czasie, kiedy nasze perspektywy gospodarcze, już nie jasne na początku, wyglądają jeszcze bardziej ponure niż kiedykolwiek, i z rosnącymi zagrożeniami geopolitycznymi z wszystkich stron, jesteśmy obarczeni systemem politycznym, który nie oferuje żadnej odpowiedzi.

Jest sparaliżowany swoimi własnymi strukturami, prostakami i głupotami. Jest już wystarczająco źle z Starmerem na czele. Będzie jeszcze gorzej w naszym nowym wielopartyjnym systemie, który zagraża nam sztywnością.

Gorsze niż to. Daleko od głoszenia zdecydowanych rozwiązań, jakie wymagają ciężkie czasy, nasz wielopartyjny system zachęca do wyścigu w dół ku populistycznym absurdom – kontroli cen najmu, kontroli cen żywności, darmowego transportu (faktycznie darmowego wszystkiego), większej własności państwowej i kontroli, podatków od bogactwa, niszczenia przedsiębiorczości i tworzenia bogactwa. To właściwie jakby kraj miał pragnienie śmierci.

Wielopartyjna demokracja nie wzmacniła się w Walii i Szkocji. Dla obu wytworzyła etos, kulturę polityczną, która świetnie potrafi wydawać pieniądze, ale jest bezużyteczna w tworzeniu ich.

Walia stała się uboższa, upadła dalej w tyle za resztą kraju i nie idzie nigdzie szybko. Szkocja również jest bez kierownictwa, coraz bardziej zaniedbana, żyjąca na wspomnieniach dawnych chwalebnym czasów, podczas gdy jej miasta i wsie są ogarnięte miejskim brudem, niezrównanym gdziekolwiek indziej w Zachodniej Europie (nawet Europa Wschodnia wydaje się bardziej prosperująca w dzisiejszych czasach).

Teraz, gdy Anglia dołączyła do szeregów wielopartiowych demokracji, ogromnym zagrożeniem musi być fakt, że pójdzie tą samą drogą.

Ma ona większą, bardziej zdywersyfikowaną bazę bogactwa. Ale ryzyka są oczywiste i staną się jeszcze bardziej widoczne, jeśli następne wybory przyniosą polityczny impas, bez emergencji stabilnego rządu.

Brytyjska gospodarka od dawna miała swoje kłopoty. Czasem były one konfrontowane i rozwiązywane, czasem były ignorowane i pogłębiały się. Ale system polityczny był skłonny do znalezienia rozwiązań, jego stabilność i autorytet demokratyczny były atutem w radzeniu sobie z naszymi podstawowymi słabościami gospodarczymi.

Teraz, smutno to stwierdzić, do złej kondycji gospodarki musimy dodać niestabilny system polityczny, bardziej skłonny do unikania rozwiązań niż ich dostarczania.

To nie uciekło uwadze za granicą, wśród tych, którzy muszą nam pożyczać pieniądze, inwestować w nas, trzymać nasze obligacje i naszą walutę. Obserwują nas uważnie.

Połączenie upadającej gospodarki i dysfunkcyjnej polityki to nowa, niespotykana wcześniej zła zmiana dla Wielkiej Brytanii. Nie będzie to łatwo naprawić.

Wielopartyjna polityka może być świetnym źródłem zabawy dla polityków. Ale to nasze dobrobyt, nasza prosperity, z którymi oni się bawią. To są poważne czasy. Ale ryzykujemy, bardziej niż kiedykolwiek, że będziemy w rękach niepoważnych polityków.