Powitanie z topniejącego Londynu. Bez wątpienia jest zimno i pada deszcz w momencie przeczytania tego, ale – gdy piszę – sytuacja w Wielkiej Brytanii naprawdę się rozgrzała, w każdym możliwym sensie.
Po pierwsze, rzeczywiste upały. 35 stopni w maju? W Anglii? Niezwykłe – najcieplejsze majowe święto bankowe zanotowane w historii Londynu i zaniepokajający znak tego, co jeszcze nadejdzie – w mieście, które przy temperaturze powyżej pewnego punktu bardziej przypomina parny Bangkok niż słoneczne Barcelona.
W tym brytyjskim stylu, prawie nic nie funkcjonuje przy takiej pogodzie. Pociągi są odwoływane. Sklepy są zamknięte. Niemal nikt nie ma klimatyzacji. Nastolatki masowo zanurzają się w stawach i jeziorach londyńskich, które są wyznaczone jako ostoję dzikiej przyrody; nic dziwnego – zamknięliśmy wiele basenów i otwartych kąpielisk na powietrzu w latach 70. i 80. dla oszczędności.





