Wrzesień 2013 roku przyniósł telefon od gorącego zwolennika niepodległości Szkocji, który był na bakier w domu. Za rok do referendum na temat rozpadu Zjednoczonego Królestwa, 8 000 nacjonalistów zebrało się na Calton Hill w Edynburgu, a wśród nich była jego partnerka. Po powrocie do ich mieszkania w stolicy, ona z zapartym tchem wyjaśniła, że kampania Yes Scotland jest nie do powstrzymania. Jakże może Better Together mieć nadzieję konkurować z ruchem, który zgromadził tak wielu pod sztandarem saltdire? On, raczej thrawn realista, szybko podłożył jej kłamstwo. Oczywiście, przyznał, że tysiące Szkotów mogło zgromadzić się na wzgórzu tamtego dnia, ale miliony innych zadecydowały, że mają lepsze rzeczy do zrobienia. Powiedział jej, że był błędem sądzić, że ta manifestacja mówi im cokolwiek o stanie rywalizacji między nacjonalistami a zwolennikami zjednoczenia. Zdenerwowana, wzięła gorącą kąpiel z zimnym piwem. W końcu miał rację, że naciskała na ostrożność. Dwanaście miesięcy – i kilka manifestacji – później, nacjonaliści zostali zdecydowanie pokonani, kiedy Szkoci zagłosowali 55-45 za pozostaniem w Unii. W niezwykłym wyrazie optymizmu szkoccy nacjonaliści wydają się wierzyć, że co teraz potrzebuje ich ruch, to zrobić to samo jeszcze raz. W sobotę, 28 marca, Pierwszy Minister John Swinney poprowadzi manifestację przez Edynburg i na Calton Hill. Twierdzi, że dzień ten będzie o „nadziei, pewności siebie i wyborze”. Nigdy, mówi pan Swinney, nie był bardziej istotny moment dla ruchu niepodległościowego, aby się zjednoczyć. Prawda jest taka, że ten najnowszy marsz na wzgórze zupełnie nic nie zrobi dla promowania sprawy szkockiej niepodległości. Rząd Wielkiej Brytanii nie – jeśli nawet się tym interesuje – nie zobaczy kilku tysięcy flag i nie postanowi, że jednak powinno być kolejne referendum o secesji. Ani Szkoci unioniści nie zobaczą kolejnego morza saltdire i nie pomyślą: „Wiesz co? może mają rację”. Pierwszy Minister doskonale wie o tym, ale z SNP tonącym w skandalu i ruchem Yes podzielonym, dzień z flagami stanowi dla niego dogodną okazję, aby spróbować przekonać ich, że ma coś w rodzaju planu, jak niepodległość może zostać osiągnięta. Grupa Believe In Scotland, która organizuje manifestację, mówi, że będzie to jasne oświadczenie, że kampania niepodległościowa „nie zakończy się”. Być może tak, ale będzie to również – czy uczestnicy tego chcą, czy nie – przyznanie się do porażki. Po 19 latach u władzy w Holyroodzie i jednym przegranym referendum, separatyści wciąż nie stworzyli przekonującego (ani nawet w minimalnym stopniu spójnego) argumentu na rzecz niepodległości. Jest to zdanie podzielane przez wiele osób, które spędziły dziesięciolecia na pierwszej linii kampanii nacjonalistycznej. Za to winę musi ponieść była Pierwsza Minister Nicola Sturgeon. Bez względu na to, czy ktoś lubił czy nie znosił zmarłego Alex Salmonda, było niemożliwe zaprzeczyć, że miał on strategię realizacji swojego celu. Po wygranych wyborach do Holyrood w 2007 r., poświęcił swoją energię na rządzenie, a nie na kampanię. Pan Salmond uważał, że pokazując Szkotom, że jego partia może być zaufana do efektywnego i energicznego zarządzania krajem, zrobi więcej dla sprawy niepodległości niż jakakolwiek liczba protestów. Miał rację. Między 2007 a 2014 rokiem poparcie dla niepodległości wzrosło z około 27 procent do 45 procent. Gdy pani Sturgeon zastąpiła pana Salmonda jako Pierwsza Minister po porażce w referendum niepodległościowym, pozostała skoncentrowana na kampanii, a nie na rządzeniu. Zamiast – jak zrobił jej mentor – próbować przekonać sceptycznych Szkotów do poparcia niepodległości, arogancko założyła, że ich nawrócenie na sprawę jest nieuniknione. Kampania pani Sturgeon na rzecz niepodległości sprowadzała się do niczego więcej niż serii obietnic drugiego referendum. Raz za razem pozwalała swoim zwolennikom wznosić się w połowie wzgórza, tylko po to, by rzeczywistość wparła jej na drogę, zmuszając ją do zawrócenia. Pewien były minister gabinetu SNP niedawno powiedział mi o swojej frustracji, że jego partia – i szerszy ruch niepodległościowy – nie nauczyli się żadnej lekcji z porażki w 2014 r. „Powinniśmy” – powiedział ten weteran – „traktować wynik jako oznakę postępu i powrócić do biznesu rządzenia, zamiast uważać na wyborców za pewnik”. Inny stary wyjadacz, który był w rządzie przez wiele lat, powiedział, że sprytny Pierwszy Minister SNP spróbowałby, po porażce w referendum, współpracować z unijnymi przeciwnikami w kwestiach polityki, aby pokazać większości niegłosującej na Nie, że ich opinie są ważne. „Nie zmieniliśmy nastrojów krzycząc za zwycięzcami” – wyjaśnili. John Swinney jest teraz praktycznie pewny, że poprowadzi SNP do piątego z rzędu zwycięstwa w wyborach do Holyrood w maju. Sondaż za sondażem pokazuje, że nacjonaliści mają przewagę. Ale pierwszy minister nie powinien pozwolić sobie wierzyć, że oznacza to wzrost poparcia dla secesjonistycznej sprawy. Podczas gdy SNP, cieszący się obecnie poparciem jednej trzeciej wyborców, może pozostać najpopularniejszą partią w kraju, zdecydowana większość Szkotów nie podziela zapału pana Swinneya do niepodległości. Nowy sondaż przeprowadzony przez instytut badawczy Savanta dla BBC wykazał, że najważniejsze trzy kwestie, jeśli chodzi o wyborców, to – w malejącej kolejności – koszty życia, NHS i gospodarka. Tylko 13 procent ankietowanych uznało niepodległość za jedną z trzech najważniejszych dla nich kwestii. Ale nawet jeśli nie byłoby tak, nawet jeśli rozpad Unii byłby priorytetem dla wyborców, John Swinney nie ma możliwości przeprowadzenia kolejnego głosowania w tej sprawie. Konstytucja pozostaje w gestii rządu brytyjskiego, a premier Sir Keir Starmer nie jest, jak sądzę, oczywisty dla każdego śledzącego naszą debatę narodową, w nastroju, aby rzucić Wielką Brytanię w chaos kolejnej brutalnej i gorzkiej kampanii referendalnej. Rząd SNP nie ma pomysłów, jest utopiony w skandalu, a John Swinney po prostu przestał nawet udawać, że interesuje go rozpatrzenie zastrzeżeń większości Szkotów. Zamiast tego rozmawia tylko z własną bazą, oferując im te same bezsensowne slogany, które Nicola Sturgeon rozwijała podczas swoich ośmiu i pół lat urzędowania. Ci, którzy przygotowują się do maszerowania z Pierwszym Ministrem, wierzą, że są częścią kampanii o niepowstrzymanym impetecie. Nie są. Tysiące Szkotów mogą dobrze dołączyć do Johna Swinneya na wzgórzu Calton pod koniec miesiąca. Ale miliony innych będą miały lepsze rzeczy do zrobienia w tym czasie.
Strona główna Aktualności Wnętrza SNP wiedzą, dlaczego próba Swinneya rozpadu Wielkiej Brytanii jest skazana na...





