„Przepraszam, nie ma nic, co możemy zrobić dla twojego dziecka.”
To były straszne słowa wypowiedziane przez lekarza po przeprowadzeniu 20-tygodniowego badania. Badanie, które wykazało, że moje dziecko ma rzadką chorobę, która uniemożliwiłaby rozwój pęcherza, nerek i płuc.
W rezultacie moje dziecko nie przeżyłoby – i doradzono mi, że będę potrzebowała przerwania ciąży z przyczyn medycznych (TFMR) w 21 i pół tygodniu.
Taka sytuacja jest niszcząca dla każdego rodzica. Ale to, co uczyniło moje jeszcze bardziej nieznośnym, to fakt, że wiedziałam, że jeśli stracę to dziecko, prawdopodobnie nigdy nie będę miała kolejnego.
Po trzech długich latach starań i sześciu rundach IVF, to było nasze ostatnie szanse.
Nie będzie następnego razu, nie będzie cudu po burzy, nie będzie drugiej szansy, nie będzie tęczowego dziecka. To tyle; koniec mojej drogi do macierzyństwa. Zamknęłam drzwi na tę część mojego życia na zawsze.
Gdy przekazano mi kartę do kliniki aborcyjnej i skierowano na drogę, mój świat zawalił się wokół mnie.
Lata niewyobrażalnych emocjonalnych, fizycznych i finansowych inwestycji poszły na marne.
Podjęłam decyzję, z jakiej żaden rodzic nie powinien być konfrontowany; by pozwolić odejść temu małemu życiu, na które tęskniłam, wiedząc, że prawdopodobnie nigdy nie nosiłabym kolejnego. Żałoba była przytłaczająca. Ale ostatecznie wybrałam miłość w najtrudniejszej formie; wybrałam spokój mojego dziecka ponad swój własny ból.
Wiedziałam, że ciąża zawsze będzie dla mnie wyzwaniem.
Kiedy zdiagnozowano u mnie ciężką, czwartą fazę endometriozy w wieku 27 lat, po prawie dekadzie, kiedy moje bóle zostały zignorowane przez lekarzy, było już za późno. Moja płodność była już zniszczona.
Czwarta faza endometriozy to najbardziej zaawansowana forma choroby, w której tkanka śluzówki macicy i duże torbiele jajnika łączą twoje narządy ze sobą. W momencie diagnozy mój jelito, jelito grube i pęcherz już były skompromitowane, oprócz macicy, jajników i jajowodów.
Doradzono mi, że będę musiała skorzystać z IVF, nadal używając moich własnych komórek jajowych, a w wieku 32 lat, rozpoczęłam IVF.
Mój mąż, z którym byłam przez sześć lat, gdy zostałam zdiagnozowana, był niesamowity. W pewnych momentach był mym opiekunem, gdy ból był tak duży, że nawet nie mogłam wstać z łóżka.
Mimo to, jak wielu, którzy podążają tą ścieżką do rodzicielstwa, naiwnie myślałam, że to zadziała.
W końcu, kliniki płodności tłumią historie kobiet jak ja – tych, które wydają dziesiątki tysięcy funtów i podają hormony przez lata, tylko po to, by mieć puste ramiona – wybierając podkreślanie wskaźników sukcesu. Średnia zdolność zajścia w ciążę IVF wynosi około 31 procent, z większym sukcesem wśród pacjentów w wieku 18-34 lat, według Władzy ds. Zapłodnienia i Embriologii Ludzkiej (HFEA).
Pięć rund – cztery z nich finansowaliśmy sami – nie powiodło się. Nasza trzecia runda zakończyła się biochemiczną ciążą – poronieniem, które następuje w ciągu pierwszych pięciu tygodni – które dało troszkę nadziei. Po każdej nieudanej próbie IVF, podnosiłam się i nadal miałam nadzieję, że następna będzie udana. Utknęłam w drogiej medycznej rzeczywistości suplementów, badań i iniekcji, zdeterminowana, by dojść do mety.
W naszej szóstej, samofinansowanej rundzie, po trzech długich latach i po wydaniu około 54 000 funtów, mój mąż i ja w końcu zobaczyliśmy dwa różowe paski na teście ciążowym.
Oboje patrzyliśmy na pozytywny test z niedowierzaniem. Ale zamiast być rozradowanym, pozostałam ostrożna. Niestety, po wielu rundach IVF ekscytacja ciążą zanika i zostaje zastąpiona lękiem i niepokojem.
Przeżywałam ciążę tydzień po tygodniu, stopniowo czując się uspokajającą, gdy osiągaliśmy każdy kamień milowy. Jednak w 18-ym tygodniu, dręczące uczucie w żołądku kazało mi zrobić dopasowanie badanie. Nie doświadczałam fizycznych objawów, które wskazywałyby na coś złego, ale przytłaczająca intuicja sprawiła, że czułam się zaniepokojona.
Sądziłam, że wyolbrzymiam, desperacko starając się pozostać w strefie bezpieczeństwa, ale moja intuicja okazała się słuszna.
Prywatne badanie wykazało problem z pęcherzem dziecka. Natychmiast zadzwoniłam do mojego zespołu położniczego i błagałam o wcześniejsze 20-tygodniowe badanie. Tydzień później moje kroki odezwały się przez przyciemniony szpitalny korytarz. Wchodziłam do badania z nadzieją, ale wychodziłam z przełamującymi wieści.
Diagnoza brzmiała: Zastawki Cewki Mesowej (PUV) – rzadka choroba, w której przeszkoda w cewce moczowej uniemożliwia rozwój pęcherza, nerek i płuc dziecka.
Nagle, zespoły medyczne zaczęły określać moje dziecko jako płód. Język zmienił się z czułego na kliniczny. Nie było to intencjonalne, ale bolało.
Kiedy powiedziano mi, że nie ma nadziei – nerki naszego dziecka były zbyt uszkodzone, by podtrzymać życie, że nic nie mogło uratować naszego dziecka – czas zatrzymał się. Wtedy doradzono mi, że będę potrzebować TFMR.
W takiej sytuacji chcesz więcej niż jedynie zapewnienia, że podejmujesz właściwą decyzję. Chciałam wiedzieć, że lekarze mają rację w 100 procentach; „co gdyby” wnika i nawiedza cię jak nigdy kończący się koszmar.
Decydując się na przerwanie ciąży z przyczyn medycznych, nie traciłam tylko mojego dziecka. To był pożegnanie z wszystkim, o czym marzysz z dziećmi; z wszystkimi pierwszymi krokami, radością Bożego Narodzenia w oczach dziecka, urodzinowymi imprezami, rodzinymi wakacjami i o wiele więcej. Te wyimaginowane scenariusze zostały stracone zanim nawet mogły się rozpocząć.
A po diagnozie nadeszła krucjata pełna męczących problemów.
Zanim zajdę w ciążę, był mi zalecany cesarski cięcie z powodu powikłań endometriozy, adenomiozy i blizn. Z tego samego powodu nie mogłabym rodzić drogami rodny, potrzebowałabym chirurgicznego przerwania ciąży zamiast wywołania porodu przedwcześnie w szpitalu.
Jednak moje szpital nie przeprowadzałby chirurgicznego przerwania medycznego ciąży poza 14 tygodniem. Zostałam więc skierowana do kliniki aborcyjnej, ale bądźmy jasni: TFMR to nie jest aborcja. Nie ma wyboru w tej sprawie.
Klinika nie mogła przeprowadzić procedury ze względu na moją złożoną historię ginekologiczną. Pozostawałam między ciążą a bólem, pozostawiona sama sobie na zorganizowanie najgorszego dnia mojego życia bez wsparcia. Czas stanął w miejscu. Byłam przekazywana z szpitala do szpitala, walczyłam o swoje bezpieczeństwo. Codziennie miałam nadzieję, że zdarzy się samoistne poronienie, by uniknąć traumy.
Ostatecznie, organizacja Marie Stopes pomogła wyeksponować moją sprawę i zorganizować chirurgiczne przerwanie ciąży w szpitalu oddalonym o ponad godzinę drogi od mojego domu w Cambridge, w szpitalu na wschodnim Londynie.
Nawet teraz, cztery lata później, wciąż nie potrafię zrozumieć, jak wchodziłam do tej sali operacyjnej niosąc bijące serce, a wychodziłam z nią jedynie w ciszy.
Nie ma prostego sposobu, by opisać ten rodzaj straty. To nie tylko żałoba, to cicha, dręcząca zagubienie, które tkwi gdzieś między miłością, winą i przetrwaniem. Kiedy dziecko ginie w wyniku TFMR, nie pasuje do języka żałoby świata. To żal, który istnieje w cieniu, uwięziony między macierzyństwem a poronieniem.
Nie było udzielone żadne wsparcie po.
Po operacji, pojawiło się moje mleko. Mówiono mi, że krwawienia są oczekiwane, ale nikt mnie nie ostrzegł o tym bolesnym i brutalnie ironicznym zdarzeniu. Co gorsze, później dowiedziałam się, że istnieje lekarstwo, które temu zapobiega, ale nigdy mi nie zaproponowano.
Osiem tygodni po TFMR, zostałam zabrana do szpitala z posocznicą po zakażeniu jajnika. Leżałam w łóżku wymiotując z bólu, myląc to z ciężkim okresem związanym z endometriozą po ciąży, i prawie straciłam życie.
Rok później nagle zmarła moja mama. Żałoba była przytłaczająca. Byłam wyczerpana emocjonalnie, fizycznie i finansowo. Uświadomiłam sobie, jak krótkie może być życie pod każdym względem. To było cudem stwarzanie życia – i mogło zostać zabrane w dowolnej chwili.
Ale pośród tej żałoby coś we mnie się zmieniło. Nie mogłam kontynuować życia opartego na „co gdyby”.
Mogłabym, teoretycznie, spróbować IVF ponownie tak długo, jak pozwoliłyby mi na to zrezygnowane jajniki, po latach na karuzeli płodności, musiałam być odważna i pogodzić się z tym, że moje życie może wyglądać inaczej, niż oczekiwałam.
Po latach wizyt w szpitalach, hormonów, badań, badań krwi, oszczędzania każdego grosza i życia na przystanku, w 2022 roku pożegnałam się z ideą posiadania dzieci i wybrałam inny rodzaj życia – to, które oferuje szczęście i wolność.
Dziś żyję beztroskim życiem na Morzu Śródziemnym z mężem. Może nie zawiera dzieci, a ból utraty dziecka nigdy nie ustępuje, ale ani razu nie żałowałam decyzji podjęcia TFMR.
Życie po niepłodności może nie wyglądać tak, jak sobie wyobrażałaś/eś. Ale chcę aby wszystkie kobiety w mojej sytuacji wiedziały, że może być one wypełnione szczęściem.
Ponieważ czasami odporność polega na tym, kiedy się oderwiesz, a nie utrzymujesz.„
Follow Emma on Instagram @emma_kemsley



