To zatem pożegnanie. Pożegnanie z udawaniem, że mamy moralność w polityce zagranicznej i potępianiem tych, którzy narzucają swoją wolę suwerennym państwom. Pożegnanie z ideą, że wolni ludzie stają w obronie naszej wolności, zwalczając łotry.
I pożegnanie z całą obłudą dotyczącą inwazji Rosji na Ukrainę, której tak wielu polityków i mediów – od entuzjastów NATO po zwolenników noszenia czapek Make America Great Again – rzekomo się sprzeciwiał. Ale tak naprawdę nie. Obiekowali tylko, kiedy zrobiła to Rosja.
Większość z nich już udowodniła to swoją „nie widzę zła” odpowiedzią na bezprawne, zachodem zakrojone obalenie ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza w lutym 2014 r. Ale z powodu tego, że większość ludzi nie wie do dzisiaj, jak Janukowycz został obalony, uchylili się od konsekwencji.
Donald Trump narzucił swoją wolę Wenezueli za pomocą jawnej siły państwowej. Jak dowiadujemy się, dziesiątki kubańskich i wenezuelskich członków gwardii pałacowej prezydenta Nicolasa Maduro zginęły, próbując go obronić, choć nie widzieliśmy filmów z walki.
W starciu także została ranna pani Cilia Maduro, która została zaprowadzona w Nowym Jorku z posiniaczoną twarzą i opatrunkiem na czole. Skarżyła się sędziemu na podejrzenie złamanego żebra.
Ciekawe, czy któremuś z amerykańskich superbohaterów sił specjalnych, którzy zatrzymali Senorę Maduro, przyznano medal za stawienie czoła tej niebezpiecznej tygrysicy z Caracas. Być może bohater tego szczególnego starcia nadal przebywa w szpitalu.
Nikt ważny nie odważył się sprzeciwić ani otwarcie skrytykować pana Trumpa za to, co ewidentnie jest pogwałceniem podstawowych zasad cywilizacji. Ani nikt (włącznie z panem Trumpem) nie wie, gdzie uderzy następnie.
Z aresztowaniem prezydenta Nicolasa Maduro, Donald Trump narzucił swoją wolę Wenezueli poprzez użycie jawnej siły państwowej, pisze Peter Hitchens
Nawet na własnych warunkach, działania Donalda Trumpa generują ogromną, trwałą cenę za bardzo małe osiągnięcie, pisze Peter Hitchens
Dlatego wielcy ludzie demokratycznej Europy teraz mamroczą i sprzeciwiają się bezczelnemu przewrotowi prezydenta w Caracas, ale nie potępiają go otwarcie, jakby zrobili, gdyby coś podobnego zrobił Władimir Putin.
Pan Putin, uśmiechający się pod nosem, pozwala swojemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych żartobliwie potępić działanie jako „akt zbrojnej agresji”, „nie dozwolone naruszenie suwerenności” i pogwałcenie prawa międzynarodowego. Ale zobaczcie, co Kreml powie amerykańskiemu urzędnikowi, który w przyszłości potępi inwazję Rosji na Ukrainę.
Prezydent Trump nazwał swoje własne działanie „jednym z najbardziej precyzyjnych ataków na suwerenność” na swojej tryumfalnej konferencji prasowej w zeszłą sobotę. Nawet jego najbardziej służalczy apologeci nie mogą twierdzić, że to nie było coś takiego. I jakie to absurdy. Niemal niemożliwe jest to polubić z jakichkolwiek powodów.
Nawet na swoich warunkach ponosi ogromną, trwałą cenę za bardzo małe osiągnięcie. Zamienił kłopotliwego despotę marksistowskiego na służebnego despotę marksistowskiego, z pominięciem losu ludzi Wenezueli.
Rzeczywistymi liderami demokracji w Wenezueli nadal są pomijani. Nikt naprawdę nie wie, co się stanie, jeśli tymczasowa prezydentka Delcy Rodriguez nie będzie wystarczająco posłuszna, by uspokoić pana Trumpa i jego żelazny kaprys.
Fulminacje prezydenta Trumpa na temat rzekomego handlu narkotykami Maduro są komicznie obłudne. Kilka tygodni temu ułaskawił byłą prezydent Hondurasu, Juana Hernandeza, który odbywał 45 lat w amerykańskim więzieniu.
Prokuratorzy USA stwierdzili, że był on centralną postacią w ogromnej machinacji handlu narkotykami, która wysłała setki ton kokainy do USA, a sędzia w Nowym Jorku skazał go. Pan Trump wydaje się wierzyć, że był to „podszywka” jego poprzednika, Joe Bidena.
Nikt naprawdę nie wie, co się stanie, jeśli tymczasowa prezydentka Delcy Rodriguez nie będzie wystarczająco posłuszna, by uspokoić pana Trumpa i jego żelazny kaprys
Czy pan Trump bardziej martwi się o narkotyki niż o demokrację czy agresję? Prawdopodobnie nie. Zaledwie trzy tygodnie temu zdecydowanie osłabił federalne prawa USA dotyczące marihuany, pomimo rosnącej ilości dowodów łączących tę substancję z nieuleczalną chorobą psychiczną i przemocami popełnianymi przez tych, których doprowadziła do obłędu.
A jeśli pan Trump tak bardzo sprzeciwia się sfałszowanym wyborom, może mógłby wysłać swoje siły specjalne odwiedzić jego przyjaciela Ilhama Aliyevaa z Azerbejdżanu, despotę naftowego i sojusznika USA. Azerbejdżan niedawno dokonał etnicznego oczyszczenia tysięcy Ormian z terytorium spornego, z pewnym okrucieństwem.
Wybory pana Aliyeva są znane ze swojej absurdalności i nieuczciwości, najbardziej jaskrawym przykładem jest wybory z 2013 r., gdy wyniki (zaskakująco zwycięstwo rządu) wyciekły przed rozpoczęciem głosowania.
Tymczasem wielkie kosze na śmieci z tyłu Białego Domu są pełne zaniechanych zasad moralnych. Kiedyś były one starannie polerowane i prezentowane w Gabinecie Owalnym.
Teraz są zapomniane i pokryte skorupkami jaj, mokrymi płatkami, styropianowymi pojemnikami na kanapki i fusami kawy, czekając na wywóz na składowisko śmieci lub wrzucenie do pieca.
Często zastanawiam się, czy Donald Trump nie został posłany na świat, by nauczyć nas lekcji, której wyraźnie bardzo potrzebujemy. Ta lekcja polega na tym, że jeśli czcimy ludzką moc i bogactwo oraz tworzymy zasady pod nasze upodobania, anarchia i śmierć wkroczą wrzeszcząc w nasze życie.
Wielki irlandzki poeta William Butler Yeats, w swoim goryczkowym, okrutnym wierszu „Powtórne przyjście”, sugeruje, że nasza nowa pogańska era świadczy o narodzinach brutalnego boga bogactwa, mocy i luksusu, być może bardziej dostosowanego do naszych pragnień niż chrześcijaństwo. Yeats pyta: „Jakie to dzikie zwierzę, którego godzina nadeszła ostatecznie, wlecze się ku Betlejem, aby się narodzić?”
W słowach, które zawsze mnie prześladują, opisał go jako mającego „puste spojrzenie bezlitosne jak słońce”, słowa te w jakiś sposób przychodzą mi na myśl dość często w dzisiejszych czasach. Kogo one mi przypominają?
Musimy zadać sobie pytanie, czy ten ztrumpizowany Stany Zjednoczone, na których ten bezprecedensowy Prezydent narzuca coraz bardziej swoją wolę, zaczyna odbijać Jego naturę i charakter także w kraju, a nie tylko za granicą.
Nie sądzę, żeby osoba otwarta na nowe spojrzenie mogła patrzeć na nagrania strzelania do Renee Good w Minneapolis bez dreszczyku. Czy człowiek, który oddał tych strzały, myślał, że wykonuje wolę swojego Prezydenta? Czy takie rzeczy powinny się dziać w państwie rządzonym prawem?
Widzimy coś zupełnie nowego w świecie, wynikające z często usprawiedliwionej frustracji, ale nie mniej brzydkiego i groźnego dla tego.







