Bomby czasowe
Jednym z albańskich ośrodków w Czarnogórze jest nadmorskie miasto Ulcinj. Tutaj prawie nie ma symboli czarnogórskich lub serbskich; albańskie orły są wszędzie. Architektonicznie, już czujesz, że jesteś w Albanii: na małej miejskiej plaży, Mala plaza, dominuje minaret meczetu nad panoramą; a patrząc z morza wstecz widzisz hotele na bulwarze, częściowo niezakończone, z brakującymi drzwiami i oknami na środkowych piętrach, odsłonięty surowy beton.
Miasto liczące 20 000 mieszkańców, przyjechałem w ostatni dzień sezonu. Restauracja otwarta po raz ostatni przed przerwą; albański właściciel – jak sam twierdził „sławna legenda futbolu” – był zadowolony, że przyjechałem z Węgier: powiedział, że grał w Kecskemet, a jego najlepszy przyjaciel, który prowadzi piekarnię naprzeciwko, ma sieć piekarni w Budapeszcie. Mimo to widać, że jesteś w Ulcinj, a nie w Albanii, bo miejscowi przechodzą na niemiecki przed włoskim – przecież to dawniej było Jugosławia.
W średniowieczu miasto było cenionym portem pirackim; Imperium Osmańskie je zdobyło, a następnie wygnało tutaj słynnego żydowskiego fałszywego mesjasza Sabbatai Zeviego, który tu zmarł i został pochowany. Czarnogórski pisarz wplótł te historie w trylogię pełną refleksji na temat natury ludzkiej i różnych apokalips. Ten pisarz to jeden z najlepiej znanych intelektualistów Bałkanów: Andrej Nikolaidis, pochodzenia bośniacko-greckiego. Przy rakija i winie w jego domu w Ulcinj wyjaśnił, dlaczego jest sceptyczny co do obecnego układu w Podgoricy. Mówi, że Czarnogóra dowodzi, że to, co w teorii powinno być niemożliwe, nadal może działać w praktyce.
„Większość partii rządzących właściwie nie chce, aby Czarnogóra była niezależnym państwem – przynajmniej nie sukcesywnym. Ich celem jest, by państwo było dysfunkcyjne, aby nowa unia z Serbią stała się realnym rozwiązaniem, tak jak przed 2006 rokiem. Te partie nie chcą też, abyśmy byli członkiem NATO – choć jesteśmy, i przez dziesięć lat po przystąpieniu nawet nie możemy odejść – dlatego przekazują materiały agentów CIA Rosjanom. I też nie chcą, abyśmy byli członkiem UE, a jednak proces akcesyjny posuwa się naprzód. Ale, w pewnym momencie, dla wszystkich stanie się oczywiste, że te partie jakoś to zatrzymają, i z czasem problem pojawi się także w kwestii członkostwa w NATO” – tłumaczy.
Tak jak istnieje konsensus, że przystąpienie do UE jest w interesie narodowym, wszyscy z niepokojem zauważają, że istnieje silny czynnik wewnętrzny i zewnętrzny, który może je zablokować: nacjonaliści z Wielkiej Serbii, którzy zyskali na sile od 2020 roku, oraz serbski prezydent Aleksandar Vucic.
Podróżując po Czarnogórze często widzisz serbskie flagi i inne symbole narodowe, a także hasła na murach echem narracji z Belgradu – Kosovo to Serbia, armia serbska wróci na Kosovo. Projekt kształtowania narodu czarnogórskiego pozostaje widoczny także w przestrzeni symbolicznej: wielkie flagi Czarnogóry wisią demonstracyjnie, nawet namalowane na 100-metrowych betonowych filarach autostrady górskiej zbudowanej dzięki chińskim pożyczkom. Ale od 2020 roku, znowu czujesz, że jesteś zmuszany do oglądania meczu Serbia vs Czarnogóra – tylko nie w piłkę nożną.
W serbskich rękach są kilka istotnych partii, Kościół, a także firmy i grupy mediowe, dzięki którym Belgrad może mobilizować zasoby i wywierać wpływ. Ludzie mówią, że Djukanovic kiedyś wspierał wzrost Vucicia, wierząc, że to przeciwdziała presji z Belgradu; ale ostatecznie stworzył potwora z byłego ministra propagandy nawet bardziej sprawnego i potężnego, niż był kiedykolwiek jugosłowiański dyktator Slobodan Milosevic.
„W Belgradzie zarówno rząd, jak i opozycja naciskają na tę samą nacjonalistyczną tandetę o tym, że jesteśmy braćmi, jesteśmy tacy sami. Putin powiedział to samo o Ukrainie. My mówimy: nie, nie jesteśmy tacy sami. Możemy być sąsiadami, partnerami, ale nie tacy sami” – twierdzi Ljubomir Filipovic, czarnogórski politolog, obecnie mieszkający w Arizonie.
Istnieje fundamentalna różnica między serbskim a czarnogórskim nacjonalizmem: ten pierwszy to nacjonalizm etniczny; ten drugi to nacjonalizm obywatelski. W pierwszym przypadku Serbia należy do Serbów, którzy wszyscy należą do Serbskiego Kościoła Prawosławnego; w drugim przypadku Czarnogóra to terytorium wieloreligijne, wieloetniczne, spajane przez konstytucję i symbole państwowe, dlatego też tożsamość czarnogórska definiuje się jako terytorialna, a nie etniczna – osoby o korzeniach serbskich, bośniackich i albańskich, w tym nieprawosławni wierzący, są włączone.
Wybór tożsamości to także wybór wartości: ci, którzy określają siebie jako Czarnogórcy, są bardziej zachodni, bardziej pro-EU i pro-NATO niż Czarnogórcy Serbowie, którzy tradycyjnie są bardziej konserwatywni i bardziej skłaniają się w stronę Rosji. To dlatego nawet w jednej rodzinie niektórzy identyfikują się jako Serbowie, a inni jako Czarnogórcy.
Filipovic dodaje, że istnieje nawet serbska nacjonalistyczna ideologia z elementami rasizmu twierdząca, że Czarnogórcy to „najczystszy rodzaj Serbów”, ponieważ nie poddali się panowaniu osmańskiemu – idea ta jest także przyjęta przez partie nacjonalistyczne serbskie w koalicji rządzącej. W zeszłym roku, pod kierunkiem Kościoła, te partie postawiły pomnik dowódcy czetników z czasów II wojny światowej, który dokonywał czystek etnicznych w Czarnogórze i osobiście został odznaczony przez Hitlera. Filipovic oczekuje więc, że Zachód będzie inwestował mocno w projekt budowania narodu poza etnicznego w Czarnogórze:
„Wsparcie zachodnich mediów i społeczeństwa obywatelskiego w Czarnogórze, które podzielają wartości zachodniego zbioru, powinno być traktowane jako inwestycja w bezpieczeństwo kontynentu!” – stwierdza.
Członkostwo w UE Czarnogóry może także wpłynąć na opinię publiczną w Serbii. Polityk DPS Ivan Vukovic zauważa, że pro-rządowe tabloidy w Belgradzie od dziesięcioleci krzyczały, że Czarnogóra to dysfunkcyjny, niestabilny kraj rządzony przez przestępców. „Jakie to miałoby skutki dla polityki wewnętrznej Serbii – już teraz zdominowanej przez protesty – jeśli Czarnogóra dostanie zielone światło od UE, podczas gdy Serbia nie? Co to powiedziałoby o osiągnięciach Vucicia?” – zastanawia się.
Nikolaidis uważa, że nacjonalizm z Wielkiej Serbii to jedyny produkt polityczny, który może zacierać grabież własnego ludu przez elity z Belgradu. „Vucic, który kontroluje rząd Czarnogóry i przewodniczącego parlamentu, nigdy nie pozwoli nam przystąpić do UE, ponieważ oznaczałoby to koniec idei Wielkiej Serbii. Jeśli ludzie zrozumieją, jak dobre jest przekraczać granice tylko z dowodem tożsamości, albo nawet bez niego, mieć więcej pieniędzy i więcej wolności – a mimo to móc uważać się za Serba – kto chciałby opuścić UE i wrócić do Serbii?” pyta retorycznie.
Przed spisem ludności w 2023 roku kampania – prowadzona przez Serbski Kościół Prawosławny – zachęcała jak najwięcej osób do zadeklarowania się jako Serb. Ich udział trochę wzrósł z 33 procent, ale względna większość, 41 procent, wciąż deklarowała się jako Czarnogórcy. Serbowie mieli sukces tylko jeśli chodzi o język mówiony: 43 procent powiedziało, że serbski jest ich językiem ojczystym, podczas gdy 34,5 procent powiedziało, że mową ojczystą jest czarnogórski. Nawet Serbowie lobbowali w Wikipedii, aby zapobiec powstaniu wersji języka czarnogórskiego – takiej nie ma, mimo że istnieją wersje w językach serbołużyckim, śląskim, kaszubskim i martwych językach.
Źródło BIRN w Parlamencie Europejskim, który od dziesięcioleci pracuje w regionie, uważa, że sytuacja nie jest taka czarno-biała: tak jak dziś trudno oskarżyć DPS o bycie frontem mafijnym, dwaj liderzy nacjonalistów serbskich w czarnogórskiej polityce, Andrija Mandic i Milan Knezevic, niekoniecznie są „anty-UE”. Według źródła, ich wyborcy przeważnie także popierają przystąpienie do UE, ponieważ widzą na własne oczy, że dzięki euro jako stabilnej walucie i zachodniej orientacji Czarnogóry, przeciętne płace Czarnogóry teraz łatwo przewyższają te w Serbii.
Sosic z Instytutu Alternatywnego także okazuje pewne zrozumienie dla tych partii nacjonalistycznych serbskich. „Nie mówię, że sprzeciwiają się przystąpieniu do UE; po prostu mają inne priorytety. Chętnie poświęciliby reformę napędzaną przez UE dla krótkoterminowego celu politycznego. To przesada mówić, że działają przeciwko przystąpieniu; zależy im na języku serbskim, tożsamości i Kościele serbskim, co może czasem kolidować z integracją z UE. Ale tak działa demokracja – musi być miejsce dla tych interesów i wartości, a przez instytucje powinny one również przeważać” – mówi.
Być może Czarnogórscy Serbowie chcą tylko podnieść swoją cenę, mając nadzieję na lepszą ofertę? Jeśli tak, Komisja Europejska może zmierzać w tę stronę: pod koniec października Bruksela zdecydowała, że na 2030 rok tytuł Europejskiej Stolicy Kultury powinien trafić do Nikšicia – drugiego co do wielkości miasta Czarnogóry z około 80 000 mieszkańcami położonego około godziny jazdy od Podgoricy.
Zarządzane przez byłego rzecznika dziennika parlamentarnego partii nacjonalistycznego z Wielkiej Serbii, Nikšić jest wymagającym miejscem: ośrodkiem zarówno nacjonalistów serbskich, jak i czarnogórskich; starcia są powszechne. Miasto nie jest dokładnie magnetem turystycznym, mały późno-XIX-wieczny śródmieście z szerokimi ulicami i dużym placem głównym geograficznie znajduje się tam, gdzie powinno: między budynkami kamiennymi hercegowińskiego Trebinje w stylu renesansowym i weneckich budowli wzniesionych w Kotorze. Oficjalna kandydatura miasta na Stolicę Kultury koncentruje się na odnowieniu tych atrakcji i ożywieniu ich, odwołując się do lepszej przeszłości Nikšicia w imieniu otwartości – a UE wysłała wyraźny sygnał wybierając je zamiast zachodnioukraińskiego Lwowa.


