<!–
<!–
<!–
<!–
<!–
<!–
Ze światem zbliżającym się do konfliktu o potencjalnie sejsmicznych proporcjach, można było się spodziewać, że Keir Starmer jednoznacznie przyzna się do swoich zamiarów. Krótką odpowiedzią wydaje się być: wygląda na to, że tak nie byłoby.
Sztuczny przemówienie premiera z No10 w sobotę nie pozostawił nikogo mądrzejszego co do jego oraz jego rządu stanowiska wobec ataków prowadzonych przez USA przeciwko Iranowi.
Gorsze było to, że minister obrony John Healey kolejno sześciokrotnie unikał wczoraj udzielenia jasnej odpowiedzi na pytanie, czy rząd popiera ataki. Zdezorientowani świadkowie mogliby być wybaczeni, że zastanawiają się, czy No 10 w ogóle posiada jakieś zdanie na ten temat.
Wczoraj wieczorem wreszcie nadeszła informacja, że Wielka Brytania zgodziła się na prośbę USA o użycie brytyjskich baz lotniczych do celowania w irańskie stanowiska rakietowe. Ale o co chodziło z tym opóźnieniem?
Nikt nie sugeruje, że jest to kwestia prosta. Gorzkie doświadczenia pokazują, że próby Zachodu obalenia despotycznych reżimów Bliskiego Wschodu mogą zakończyć się tragicznie. Ale Iran od dekad stanowi centrum globalnego terroryzmu i ma krew tysięcy ofiar na swoich rękach.
Premier Keir Starmer wydaje oświadczenie w 10 Downing Street, Londyn, na temat najnowszych wydarzeń na Bliskim Wschodzie
Sceny w Teheranie po atakach na miasto ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych
Dołącz do dyskusji
Czy Wielka Brytania powinna zająć w sprawach światowych stanowisko odważne, czy ostrożność jest lepszą drogą dla naszych przywódców?
Z rzeczywistym perspektywą zmiany reżimu w Teheranie zawsze było istotne, aby Zachodnie mocarstwa wysyłały spójne przesłanie. Mimo że było jasne, że te ataki były nieuchronne, Sir Keir wciąż nie był w stanie wyraźnie określić swojej pozycji w sobotę.
Czytając z promptera, podczas przemówienia, brzmiał mniej jak lider wpływowego państwa, a bardziej jak komentator wydarzeń, które go nie dotyczyły ani naszego miejsca w świecie. Po prostu jest tak sztywny i nudny, że nawet The Guardian nie zatrudniłby go do takiej roli.
Do momentu ostatnich wydarzeń wczoraj wieczorem, wydawało się, że Sir Keir zapomniał, że Wielka Brytania jest drugim największym graczem w NATO.
Skoro zarówno Kanada, jak i Australia już wyraziły wsparcie dla amerykańskich ataków, nie było dlań usprawiedliwienia, że wcześniej się nie odezwał.
Krytyka była już donośna po drugiej stronie Atlantyku odnośnie do bezczynności premiera przed wczorajszym wieczorem. Raporty sugerujące, że miał tylko krótką rozmowę z Donaldem Trumpem po atakach, silnie wskazują na brak szacunku z Waszyngtonu. Ani jego pozorny początkowy sprzeciw wobec wykorzystania przez Siły USA bazy na Wyspach Chagos, nic dobrego nie zrobił dla pielęgnowania legendarnego „specjalnego związku” między Wielką Brytanią a Ameryką.
Podczas gdy liderzy innych krajów widzą wyraźnie szerszy obraz, Sir Keir – wierny swojemu prawniczemu rodowodowi – początkowo wydawał się bardziej zainteresowany obserwowaniem drobnych szczegółów. Bez wątpienia próbował również utrzymać niezadowolonych parlamentarzystów za miską, jednocześnie, oczywiście, zaspokajając głosy wyborców muzułmańskich Partii Pracy.
Do momentu, kiedy wczoraj wieczorem wreszcie postanowił stanąć i wyrazić swoje stanowisko w tej kryzysowej sytuacji, Starmer wydawał się być człowiekiem desperacko próbującym być przyjacielem wszystkich. Nawet beznadziejny lider polityczny jak on, powinien wiedzieć, że to najpewniejszy sposób na to, by nie być ani zaufanym, ani szanowanym przez nikogo.







